JAKI SYSTEM ROZWOJU KADRY W MAŁYCH ORGANIZACJACH?
Stopnie instruktorskie są bardzo złożonymi instrumentami, egzekwującymi mieszankę zdolności miękkich i twardych, postawy życiowej, doświadczenia i zasług w służbie. Szczegółowe wymagania różnią się między organizacjami i są co jakiś czas aktualizowane; w dużej mierze wynikają jednak ze wspólnego rozumienia ról instruktorów poszczególnych stopni, które kształtuje się mniej więcej tak:
PRZEWODNIK – stosuje metodę harcerską w bezpośredniej pracy wychowawczej z dziećmi i młodzieżą;
PODHARCMISTRZ – jest mentorem i liderem młodszej kadry, uczestniczy we wspierających jej działania zespołach instruktorskich;
HARCMISTRZ – przewodzi zespołom instruktorskim, kształtuje strategię i system wychowawczy swojej organizacji.
Przy czym, oczywiście, podharcmistrzowie i harcmistrzowie często pełnią równolegle funkcje typowe dla niższych stopni. Takie zręby systemu wydają się racjonalne, przynajmniej w odniesieniu do dużych organizacji (choć prowadzą niekiedy do przykrej kultury, w której dyskusję wygrywa się kolorem podkładki). Czy jednak podobny podział ról jest pożądany w warunkach harcerstwa niezależnego? Moim zdaniem – nie, szczególnie w odniesieniu do harcmistrzów.
Odpowiedzialność jednej osoby w związku kilku drużyn jest zupełnie inna niż w związku kilkuset – inna musi więc być też sylwetka instruktora. Ich kształcenie powinno już na bardzo wczesnym etapie zachęcać do głębokiej refleksji nad sposobem działania środowiska i czynnego, kreatywnego udziału w jego zmianie.
Nie neguję, że dojrzałość rozumienia pewnych kwestii przychodzi z wiekiem i doświadczeniem; warto jednak otrząsnąć się na chwilę z pogoni za profesjonalizmem jako dobrem najwyższym i przypomnieć sobie, że zręby polskiego harcerstwa tworzył 21-latek. Nieco więcej o konieczności stosunkowo częstych zmian w modelach działania samodzielnych środowisk i roli młodzieży w ich wprowadzaniu pisałem w poprzednim tekście „po pierwsze autentyczność”.
Z drugiej strony, co do kompetencji przewodzenia zespołom instruktorskim – w samodzielnym środowisku zespół instruktorski najczęściej bywa tylko jeden, złożony z ogółu kadry; okazje do osiągnięcia w tym względzie harcmistrzowskiego poziomu rozwoju będą więc sporadyczne, a sformowanie „rdzennej” komisji harcmistrzowskiej zajęłoby dekady.
Samodzielne środowisko, które chce prowadzić własną politykę certyfikacji kadry (nie jest to konieczne – wspólną komisję instruktorską miała kiedyś mieć Federacja Harcerska „Zarzewie”. Przyznam, że nie wiem, na ile działa w praktyce; ale moim zdaniem warto w tym zakresie dążyć do niezależności) musi się więc zastanowić, na ile trójstopniowy system stopni instruktorskich odzwierciedla jego pożądany model rozwoju instruktorskiego i czy na pewno trzeba go zachować? Stosowanie tych samych nazw i insygniów dla zauważalnie innych zestawów ról i kompetencji wydaje mi się trochę nieuczciwe, choć rozumiem siłę, która tkwi w rozpoznawalnym tytule (mój brak podkładki pod krzyżem do dziś prowokuje krzywe spojrzenia niektórych kolegów z ZHP).
Warto też wiedzieć, że klasyczny polski model bynajmniej nie jest oczywisty w szerszym ruchu skautowym. Dominującym trendem wydaje się raczej stosunkowo łatwy do zdobycia podstawowy certyfikat uzupełniany w miarę potrzeby kursami doszkalającymi – nie narzucającymi liniowej ścieżki, raczej coś w rodzaju znanego z gier „drzewka rozwoju”. Na pewno nie jest więc tak, że rezygnując z odtwarzania w mikroskali systemu naszej organizacji macierzystej „wypisujemy się” z kręgu harcerskiej ortodoksji.
Jaki system rozwoju kadry powinny zatem przyjąć małe organizacje? Możliwych rozwiązań jest co najmniej kilka i nie wiem, czy istnieje takie, które sprawdzi się zawsze i wszędzie. W naszym środowisku zdecydowaliśmy dawno temu, że wystarczy nam jednostopniowy patent instruktorski – zbliżony poziomem do stopnia przewodnika i zdefiniowany jako mu równoważny w naszym statucie, ale ze zwiększonym naciskiem na refleksję nad modelem działania i współpracę w ramach zespołu instruktorskiego. Kiedy byliśmy bandą mniej więcej sobie równych młodych narwańców, model ten sprawdzał się bardzo dobrze. W miarę naszego dojrzewania i pojawiania się młodszych instruktorów coraz bardziej dostrzegamy jednak jego niedostatki, więc jego potencjalne rozwinięcie będzie jednym z tematów naszej majowej rady. Będę szczęśliwy, jeśli wypracowane rozwiązanie będzie:
- Oparte na specyficznym dla naszego środowiska rozumieniu ról instruktorskich podejmowanych na kolejnych etapach służby;
- Ani zbyt proste, ani zbyt rozbudowane – pomagające w osiągnięciu kolejnych kompetencji i poziomów zaangażowania, ale bez nadmiernie rozbuchanej hierarchii;
- Możliwe do wdrożenia w ograniczonych warunkach kadrowych samodzielnego środowiska;
- Czytelne i wiarygodne dla naszych zewnętrznych partnerów (rodzice, szkoły, inni harcerze), ale bez popadania w zbędny formalizm (w szczególności pozwalające dostrzec i uznać rozwój spontanicznie osiągnięty poza systemem prób, minimalizując konieczność upokarzającego powtarzania trywialnych zadań);
- Czerpiące inspirację z form kształcenia kadry stosowanych przez ruch harcerski i skautowy w kraju i zagranicą, ale nie uznające jednorodności za wartość najwyższą;
- Otwarte na dalsze modyfikacje w przyszłości.
Do analizy opartej na podobnych zasadach zachęcam wszystkie małe organizacje harcerskie (a w każdym razie wszystkie te, które planują samodzielną certyfikację kadry). Jej wyniki mogą się okazać zaskakujące – od skautowego „drzewka rozwoju”, przez jedno- czy dwustopniowe systemy, aż po zachowanie klasycznej trójstopniowej struktury. Nawet jednak jeśli finalnym wynikiem dyskusji byłaby decyzja o pozostawieniu sprawy „po staremu” – wartością dodaną tego procesu byłoby pogłębione rozumienie i akceptacja obecnych rozwiązań jako czegoś więcej niż przypadkowej tradycji.
